W filmie udział wzięli
Malarski kontratak przeciw hegemonii telewizji w świecie obrazów – albo odwrotnie, kapitulacja malarza, który obezwładniony przez telewizor zasnął przed odbiornikiem i budzi się dopiero na napisy końcowe nie obejrzanego filmu. Projekt Ivo Nikcia, który, nomen omen, nazywa się właśnie „Napisy końcowe”, jest tak wieloznaczny i nieoczywisty jak każdy obraz zaczerpnięty z telewizora, do którego nie podłączono anteny. Bez anteny telewizyjny przekaz przefiltrowany jest przez szumy i zakłócenia – i to właśnie one otwierają pole do działania dla malarza.
„Napisy końcowe” to rzecz o patrzeniu. A może nawet o gapieniu się - w telewizję. Punktem wyjścia jest seria obrazów, które przedstawiają to, co może zobaczyć człowiek, który zaśnie przed telewizorem i ocknie się tuż przed zakończeniem programu. Ostatni film wieczoru, który miał zostać obejrzany, został przespany. Na czarnym tle lecą już napisy końcowe – długa lista nazwisk ludzi, którzy stoją za filmową iluzją. Asystenci kierowników planu, zastępcy oświetlaczy, kierowcy, gońcy – tego niekończącego się spisu pracowników Fabryki Snów nikt nie chce czytać. Ivo Nikić nie mógłby odcyfrować litanii nazwisk nawet gdyby chciał, ponieważ jego telewizor jest rozregulowany i nie podłączony do anteny. W rezultacie napisy końcowe są nieostre i nieczytelne, przyprószone telewizyjnym śniegiem. W pracach Nikicia na plan pierwszy wysuwa się materia elektronicznego obrazu – rozpadającego się na linie i piksele, gubiącego treść, którą miał przekazać. Płótna Nikicia nie pokazują co wyświetlił telewizor, tylko jak to zrobił – na niektórych obrazach dostrzegamy brzeg ekranu, fragment obudowy odbiornika, logo jego producenta – albo odtworzony przez malarza blik, odblask światła odbijającego się na szkle ekranu.
Niepodłączanie anteny do telewizora ma swoje dobre strony. Sygnał, który dociera do odbiornika jest słaby, na ekranie pojawiają się zakłócenia; telewizja traci wiele ze swej potężnej siły perswazji. I być może tylko z taką osłabioną telewizją możliwy jest malarski dyskurs. Zdekonstruowany przez szumy i zakłócenia elektroniczny obraz traci na chwilę moc unieruchomiania naszego spojrzenia, szklany ekran przestaje być nieprzenikniony – możemy zajrzeć na jego drugą stronę.

Fenomen spojrzenia jest kluczem do „Napisów końcowych”. Chodzi o spojrzenie widza, którego Nikić zaprasza do wcielenia się w rolę telemana, który zasnął, a teraz budzi się przed telewizorem. Wzrok jest zmęczony i nie odzyskał jeszcze ostrości; nie można do końca wierzyć własnym oczom. Ale w „Napisach końcowych” obecne są także inne spojrzenia. W tej samej przestrzeni co obrazy, artysta umieszcza dwa obiekty - wypatroszone fotele nałogowego telewidza. Jeden z nich jest wywrócony. Na drugim można by usiąść, gdyby nie poprzyczepiane do obicia mebla małe przedmioty. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak duże guziki, ale wzrok znów płata nam figla - w rzeczywistości to miniaturowe, owalne obrazki przedstawiające ludzkie oczy. W pewnym sensie „Napisy końcowe” oglądają się więc same, w ten sposób obrazy zdają się wymykać spod kontroli, żyć własnym życiem – są oglądane, a więc istnieją, zanim zdążymy ogarnąć je spojrzeniem.
Nikić kreuje oniryczną sytuację, w której w kontemplacji jego ciemnych, telewizyjnych nokturnów towarzyszą nam spojrzenia, za którymi nie stoją patrzący. W tej przestrzeni, która rozciąga się na pograniczu jawy i snu, wszystko może się zdarzyć. I rzeczywiście zdarza się; obok obrazów przedstawiających zamazane przez zakłócenia w odbiorze napisy końcowe, Nikić pokazuje płótna, które eksplodują kolorami. Na jednym z nich komiksowy tygrys wypluwa z pyska porcję telewizyjnych szumów. Na innym strumienie telewizyjnych obrazów układają się w kształt zgeometryzowanego kota – elektronicznego stwora, powołanego do życia przez nakładające się zakłócenia – albo przez wyobraźnię widza, który na powrót zasnął i śni wierząc, że wciąż ogląda telewizję.
W „Napisach końcowych” malarstwo wciska się w szczelinę pomiędzy konkretem rzeczywistości, a wirtualnością telewizji. Przez tę szczelinę można dostać się do obszaru informacyjnego szumu, zakłóceń w odbiorze, przywidzeń, powidoków – czyli do tego, czego nie ma, a przynajmniej nie powinno być widać. Tych nieuchwytnych obrazów z szarej strefy percepcji nie zobaczymy ani żywo, ani w telewizji – w ich pokazywaniu malarstwo pozostaje niezastąpione.
tekst z katalogu / Stach Szabłowski